Niejednokrotnie wielcy poeci pisali o przemijaniu wszystkiego, o tym, że nic na tym świecie nie jest wieczne i że wiele może umknąć z naszej pamięci z biegiem mijających lat. Lecz wszyscy też doskonale wiemy, że z najgłębszego umiłowania do rodziny z dumą zachowujemy nieskończona pamięć do korzeni, z których pochodzimy, tradycji przekazywanych pokoleniowo a przed wszystkim miejsc, do których zawsze wracamy z wielką miłością.
Takim miejscem, do którego pragnę zaprosić wszystkich przybywających do Kazimierza Dolnego jest Pensjonat Folwark Walencja leżący 800m za kościołem Farnym, do którego poprowadzi nas w górę brukowa droga wśród tuneli splecionych ze sobą drzew i wąwozów do posiadłości niegdyś rozciągniętej na 90 morgach ziemi, dziś poprzez mijające ustroje polityczne do nieco ponad dwóch mórg.
Przede wszystkim pragnę zapoznać Państwa z rodem Broniewiczów herbu Radwan, Pisulów Tarłowskich Liszewskich i Góreckich, którego historia nierozerwalnie oplotła Walencję i sięga przełomu XVI i XVII wieku a pochodzenie rozpoczyna się od Leona Broniewicza – posła na Sejm w 1733 r.
Ród Broniewiczów skupia Pokoleniowo ludzi wielkich czynów i bohaterów, którzy uczestniczyli w tworzeniu wolnej i niepodległej Polski. Do takich należeli - Walenty Broniewicz , który w 1823r zakupił "Folwark Gromadczyzna" i "przechrzcił" od własnego imienia na "Walencja". Jednak w Kazimierzu nie pozostał a życie osadziło go w Warszawie, gdzie rozpoczął karierę urzędniczą zajmując stanowisko naczelnika wydziału skarbowego w Rządzie Gubernialnym Warszawskim uzyskując tytuł radcy stanu.
Po śmierci Walentego prowadzeniem gospodarstwa zajął się jego brat Józef, uczestnik powstania styczniowego. Nie może umknąć pamięci fakt, że w 1863 "Folwark Walencja" stał się siedzibą dowództwa Partii Leona Frankowskiego i Zdanowicza, która 1 lutego wraz z Józefem Broniewiczem wyruszyła na pole walki. Tej samej nocy wojska moskiewskie spaliły "Walencje", w tą straszna noc w Walencji przyszła na świat dziewczynka o imieniu Konstancja - w przyszłości zwana po mężu Pawłowa. Jej fotografie możemy oglądać w Folwarku Walencja a opowieść z nią związana "o strzelającej świecy woskowej katafalkowej" potrafi rozbawić każdego gościa.
Nie mogę tu również nie wspomnieć o jej siostrze Emilii Tarłowskiej zwanej Janową, która w okresie międzywojennym prowadziła pensjonat w miejscu obecnego a tuż przed wojną przez pewien czas dzierżawiła go żydówce Gudkindowej. Emilia poza prowadzeniem pensjonatów sklepów i masarni była w tamtych czasach wspaniałą zielarką wędrującą nieustannie w poszukiwaniu ulubionych przez siebie ziół na bazie, których sporządzała wspaniałe nalewki a ich receptury przetrwały do dzisiaj. Dla zachowania pamięci o Emilii i jej córce Zofii Liczewskiej, która zamieszkiwała dom do ostatniego czasu znajdują się pokoje od ich imion. Spośród licznych pokoi gościnnych zwrócę szczególna uwagę na dwa inne - wrzosowy i miętowy, które wystrojem i wonią potrafią ukoić każdą strapioną duszę.
Drodzy Państwo, aby dogłębniej poznać historie rodziny trzeba przyjechać do "Folwarku Walencja" tak, jak zrobiłam to ja. By poczuć sielskość tego urokliwego miejsca oddalonego od zgiełku i zabudowań, powędrować w historie tej niesamowitej rodziny i poczuć jej dusze, która przetrwała do dzisiaj i jest wciąż żywa w tym miejscu.
A pomogą w tym Państwu znajdujące się tu liczne fotografie z bardzo odległych dla nas lat, zachowane stare pamiątki i dokumenty. Rozłożysty przed domem modrzew z dumą i powabem swych gałęzi wskazuje na otwarte każdemu wrota do domu rodziny Tarłowskich i Liszewskich. Rodziny wciąż żywej nigdy nie zapomnianej i której dzieje w wielkiej pamięci i czci są wciąż przekazywane z pokolenia na pokolenie.